„Byli tak blisko celu”
W 366. odcinku przedmiotem remontu był dom, w którym chcieli zamieszkać pan Tomasz i czwórka dzieci: Wiktoria, Emilia, Sandra oraz najmłodszy Nikodem. - To była rodzina, która była ze sobą blisko i jakoś sobie radziła. Dom powstawał latami, byli coraz bliżej tego wyśnionego domu… i nagle mama ginie w wypadku i wszystko się kompletnie rozsypuje - mówi Marta Kołdej.
Sporych rozmiarów drewniany budynek został przeniesiony. Najpierw trzeba go było znaleźć, potem rozebrać i zbudować na nowo. - To była naprawdę heroiczna praca, praktycznie wszystko robił tata - podkreśla architektka, która już na początku wiedziała, że nie może podejść do tego projektu standardowo. - Starałam się nie ruszać tego, co już było zrobione. Szkoda niszczyć czyjąś świeżą pracę i czyjeś marzenie. Raczej ulepszyć niż popsuć - tłumaczy.
Ogrom zadań i praca „na żywym organizmie”
Choć na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że dużo jest już gotowe, rzeczywistość szybko pokazała coś innego. - Niby tych prac nie było aż tak dużo, ale przez powierzchnię okazało się, że jest ich ogrom - mówi Marta Kołdej. - Musiałam poświęcić bardzo wiele czasu na wnętrza, których było naprawdę dużo, i zrobić to bardzo szybko, jednocześnie tworząc coś nowego dla każdego - dodaje.
Do tego dochodziły błędy wynikające z tempa pracy przy 120-metrowym budynku. - Inwentaryzacja tak dużego domu w takim czasie to jest szaleństwo. Normalnie można wrócić, sprawdzić, a tutaj już działamy i nie ma odwrotu - przyznaje.
W pewnym momencie pojawiła się nieścisłość w pomiarach. - W głowie od razu widzę domino problemów. To, co się wywali, co nie będzie pasować… ale trzeba wziąć oddech i szybko znaleźć rozwiązanie - opowiada. W efekcie konieczne było przesunięcie ścian i zmiana myślenia o całej przestrzeni.
Potworny mróz nie odpuszczał
Największym wyzwaniem okazała się jednak pogoda. - Minus dwadzieścia jeden stopni. To był koszmar - mówi bez wahania. Prace wewnątrz toczyły się pomimo utrudnień wynikających z temperatury, ale na zewnątrz sytuacja była dramatyczna. - Elewacja była prawie niemożliwa do wykonania. Próbowaliśmy robić wszystko pod namiotami, podgrzewać… ale to naprawdę było bardzo trudne - wspomina.
Warunki były tak ekstremalne, że wpływały nawet na najprostsze czynności. - Malowałam ścianę i kiedy tylko na chwilę otwierano drzwi, farby zamarzały mi na palecie - opowiada. - Były momenty, że myślałam, czy się nie wycofać - przyznaje Marta Kołdej. Do pomocy ruszyła nawet lokalna straż pożarna.
„Wszyscy robili wszystko”
Im bliżej końca, tym większe było tempo i napięcie. - Ostatniego dnia to było szaleństwo. Wszyscy robili wszystko - wspomina architektka, która wychodziła poza swoją rolę. - Często to robię. Czasem trzeba coś przenieść, zamieść, pomóc. Jedna para rąk w danej sekundzie może zmienić wszystko - mówi Marta Kołdej. To właśnie dzięki tej współpracy udało się dopiąć projekt. - Chłopaki to jest naprawdę świetnie działająca maszyna. Organizacja pracy była niesamowita, mimo że ten remont był zupełnie inny niż zwykle - podkreśla.
Projekt, z którego jest szczególnie dumna
Pośród ogromu wyzwań, które z pomieszczeń dały Marcie Kołdej największ satysfakcję? - Bardzo się cieszę z części dziennej. Mogłam podejść do niej bardziej designersko, bo była przestrzeń - mówi. Dzięki temu pojawiła się tam m.in. wyspa kuchenna. - Rzadko mam taką możliwość, więc z niej skorzystałam - dodaje. Później okazało się, że to było marzenie zmarłej mamy. - To nadało temu miejscu jeszcze większego znaczenia - przyznaje.
Wielkie emocje na koniec
Choć efekt przyniósł radość, cena była wysoka. - Byłam strasznie zmęczona, rozchorowałam się, ale nie tylko ja - mówi szczerze i wspomina, że moment podziękowań dla ekipy był dla niej szczególnie emocjonalny. - Miałam łzy w oczach. To był naprawdę heroiczny wysiłek - wspomina. - To był fizycznie najcięższy projekt ze wszystkich sezonów - podsumowuje Marta Kołdej.
„Nasz nowy dom” - sezon 26, zobacz odcinek 366:
„Nasz nowy dom” w czwartek o godz. 21:30 w Polsacie.