Ewa Wachowicz i ROZCZAROWANIE
Zawsze widzę szklankę do połowy pełną. Trochę wyniosłam to z rodzinnego domu, trochę zrobiłam z tego nawyk, kiedy przeczytałam tonę książek o funkcjonowaniu ludzkiego umysłu.
Oczywiście nie jestem odklejona od rzeczywistości. Widzę, jak wygląda świat. Ale w każdej sytuacji, nawet najtrudniejszej, potrafię dostrzec coś dobrego. Z tego słynę. Mam wrażenie, że włącza mi się jakiś automat.
W dużej mierze to zasługa wychowania. Rodzice zawsze byli bardzo pozytywni i uśmiechnięci. Taki przykład: mój tato miał zasadę, że w niedzielę się nie pracuje. Nawet gdyby miało zgnić siano, to nie idzie się w pole. Jak zgnije, to się coś wymyśli. I ja wyrastałam w tym: „będzie dobrze” i „to, co jest, takie ma być”. Tutaj nie było miejsca na rozczarowanie. I nadal nie ma.
Wyświetl ten post na Instagramie
Czy zasmucił mnie człowiek, który napisał nieprzychylny komentarz na moich socialach? Bardziej chyba mnie zadziwił. A potem przyszła myśl: „Pewnie ma gorszy dzień, to mnie nie dotyczy!”.
Ewa Wachowicz i HEJT
Byłam obiektem hejtu, kiedy tego słowa nie było jeszcze w słowniku. Oberwałam nim zaraz po tym, jak stałam się osobą publiczną, czyli wygrałam konkurs Miss Polonia. Nie było wtedy social mediów, nie było Pudelka, a i tak mi się dostało.
Nie byłam na ten atak przygotowana. Bo to co było hejtowane, dla mnie było źródłem dumy… A nawet nie - to było coś naturalnego i dawało mi miłość, szczęście. Czyli moje pochodzenie ze wsi. Ku mojemu zaskoczeniu zostałam postawiona przed dylematem - czy mam kłamać, że jestem z Krakowa (tam studiowałam), czy mówić prawdę? Przecież ja najpierw byłam ze wsi, a potem dopiero zostałam Miss. Wybrałam prawdę, bo tak jestem wychowana. Nie rozumiejąc tego braku akceptacji - jak to wtedy nazywałam.
Nawet dzisiaj dziwi mnie ta sytuacja. Sensacja, że jeżdżę traktorem? Normalna sprawa na każdej wsi - jak tylko dziecko sięgało pedałów, ojciec uczył prowadzenia maszyny. I nikt nie pytał dziecka, czy chce. Taki miało obowiązek, bo taka była potrzeba. Ten pierwszy hejt mnie nie zniechęcił. Tym bardziej, że szybko przerodził się w sympatię do mnie, która trwa do dziś. Brak zniechęcenia to też kwestia mojego charakteru.
Kiedy przyszła propozycja z biura premiera Waldemara Pawlaka, żebym została sekretarzem prasowym, okazało się że hejt przy Miss to było mizianie miękkim piórkiem. Kubeł pomyj, który się na mnie wtedy wylał, znowu mnie zadziwił. I to były tylko polskie pomyje. Ze świata natomiast płynęły same dobre opinie.
Miałam wywiady w zagranicznych mediach od Australii po Europę i Chile. Wszyscy za granicami byli zachwyceni młodym premierem, młodą rzeczniczką prasową - byliśmy młodą polską demokracją! Masa cudownych maili i telefonów z ambasad z całego świata wynagradzała mi wówczas ten polski hejt. No i nigdy nie było takiej promocji Polski na świecie jak wtedy.
Jaki miałam patent na polski hejt? Bardzo dobre przygotowanie merytoryczne. Było ciężko, nie ukrywam. Miałam 23 lata i małe przygotowanie dziennikarskie. Pozwolono mi wziąć do współpracy świetnych doświadczonych fachowców. Tego nauczył mnie tato: „Nie bój się przyznać, że czegoś nie wiesz i otaczaj się ludźmi mądrzejszymi od ciebie”. Pracowałam więc ze świetnym dziennikarzem prasowym, telewizyjnym, prasoznawcą z UJ, no i z bardzo dobrym biurem prasowym zbudowanym przez mojego poprzednika.
Ewa Wachowicz i KARIERA
To, że nie wyparłam się wsi, zaowocowało propozycją od premiera Waldemara Pawlaka. Nie uroda, ale właśnie moja szczerość i fakt, że nie odcięłam się od korzeni. Rodzice byli przeciwni. I dlatego, że to polityka, i że najpierw powinnam skończyć studia. Ale jeśli już podjęłam decyzję, jakakolwiek by była, stali za mną murem! Praca w biurze prasowym była ogromnym wyzwaniem, ale też przywilejem.
Wychowałam się na Radiu Wolna Europa, pamiętam jak ZOMO tłukło ludzi, sama malowałam na murach znak Polski walczącej. Zostając sekretarzem prasowym mogłam z bliska zobaczyć, jak tworzy się polska demokracja i jeszcze uczestniczyć w tym niesamowitym procesie. A studia skończyłam - zostałam magistrem inżynierem, tak jak obiecałam tacie.
W zawodzie nigdy nie pracowałam, bo wpadłam po uszy w media. W 1993 roku na Targach Turystycznych w Berlinie, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, zrobiłam na naszym polskim stanowisku furorę. Przyglądał się temu Tadeusz Kowalczyk, który znał Zygmunta Solorza. Polsat dopiero się tworzył i szukał ludzi do pracy. Ja jestem jednym z pierwszych pracowników stacji, byłam chyba 67. Prowadziłam „Studio Niedzielne”: „Dzień dobry, witam serdecznie, chciałabym zaprosić na świetny thriller…” Zapowiadałam programy - byłam taką Krystyną Loską Polsatu.
Później była moja pierwsza rozmowa z gościem, a był nim Krzysztof Baranowski, do dziś ją pamiętam. Lubiłam tę robotę. Tym bardziej cieszę się, że zaczęłam prowadzić razem z Krzysiem Ibiszem program „halo tu polsat” - nie mogłam odmówić. Zaczęłam też produkować programy. I tak oto zostałam z Polsatem do dzisiaj.
Wyświetl ten post na Instagramie
Ewa Wachowicz i RODZINA
Tutaj też miałam farta w życiu. Urodziłam się w szczęśliwej, pozytywnej rodzinie, gdzie dzieci były kochane i miały stawiane jasne granice. To był dom gościnny, kochający ludzi. Rodzice wyposażyli nas w świetne narzędzia na życie, chociaż nie mieli dostępu do podręczników o wychowaniu. Udało im się to zrobić perfekcyjnie!
W moim domu była praca, ale też biesiadowanie. W sobotę przychodzili znajomi, a niedziela była dla rodziny bliższej i dalszej. Przyjeżdżali do nas, my jeździliśmy do nich. Do dzisiaj nie wiem, jak rodzice ogarnęli logistykę.
Praca na wsi była rozdzielana na wszystkich członków rodziny. Rodzice nie mogli się doczekać, kiedy wrócę ze szkoły. Bo były sianokosy albo żniwa, albo sadzenie ziemniaków, albo ich zbieranie. W związku z tym uczyłam się bardzo dobrze, bo wtedy czasem mogłam nie iść w pole. W ekstremalnych sytuacjach musiałam pomóc rodzicom nawet kosztem nauki na klasówkę. Ale jeśli nie pomogłam, to klasówka musiała być zaliczona na 5, bo jak była 4 to tato stwierdzał, że się wcale nie uczyłam.
Co zawdzięczam rodzicom? Wszystko, co najlepsze. Odwagę mam po tacie. To on sprawił, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Uczył mnie tego od dziecka. Pamiętam, jak wystrugał mi z drewna narty. Nie miały krawędzi, czyli w grę wchodziła albo jazda na krechę z górki albo hamowanie na przeskoku, na boku. Była niezła zabawa! Mama to te ciepłe, miękkie rzeczy. Gotowanie, dbanie o siebie, ćwiczenia, płukanie włosów w rumianku i pokrzywie… To wszystko stosuję i dzisiaj.
Rodzina to też starszy o 6 lat brat. Nie ukrywam, on zresztą też, że dzięki niemu przeżyłam swoją osobistą falę, chociaż nigdy nie byłam w wojsku. Teraz mój brat jest prezesem wszystkich moich biznesów, uwielbiamy się i we wszystkim wspieramy. Ale kiedyś byłam dla niego kulą u nogi. Chciał grać z chłopkami w piłkę, a musiał pchać wózek ze mną, bo rodzice pracowali. Musiałam powalczyć, wypracować sobie łokciami pozycję.
Jak trochę podrosłam, to chodziłam grać z bratem w piłkę, musiał mnie zabierać. Okazało się, że jestem przydatna. Nikt nie chciał stać na bramce, wszyscy woleli grać i strzelać gole. No to stałam ja. A jak dostałam z całej siły piłką w twarz, to nie płakałam. Miałam zakaz. Bo gdybym się popłakała i rodzice zauważyliby moje zaczerwienione oczy, brat dostałby od nich niezłą burę. I tak ukształtowała się między nami bardzo silna więź.
Ewa Wachowicz i URODA
Zacznę od faktów. Wygrałam konkurs Miss Polonia i odniosłam kilka innych zwycięstw w takich konkursach. I to była moja trampolina do życia zawodowego, którą bardzo cenię. Wiem, jaka jest obiegowa opinia na temat propozycji od Waldemara Pawlaka. A jaka jest prawda? Kiedy w 1992 roku otrzymałam tytuł Miss Polonia, dostałam przepiękny list gratulacyjny od prezesa PSL, który jest dumny z tego, że nie wyparłam się korzeni. Moi rodzice, przeciwni startowi w konkursie Miss, pękali z dumy. Odpisałam. Na Targach Polagra poznałam go osobiście.
Kiedy został premierem, zadzwonił do mnie do akademika, a ja rzuciłam słuchawką. Byłam przekonana, że koledzy zrobili mi żart. Za drugim razem zadzwoniła sekretarka premiera i powiedziała: „Dzień dobry, proszę nie rzucać słuchawką to naprawdę sekretariat Waldemara Pawlaka, łączę z premierem”. Za drugim razem udało się premierowi dodzwonić. Spotkaliśmy się, mieliśmy długą rozmowę, a że lubię wyzwania, to się go podjęłam. To nie była historia związania z urodą, tylko z moim pochodzeniem i moim dobrym PR-em. .
Przez ten rok, kiedy byłam Miss, jeżdżąc po Polsce, wypracowałam sobie dobry wizerunek, ludzie zaczęli się ze mną identyfikować, bo nie budowałam barier między nami. Tak, to prawda. Uroda pomaga! Ale czasem przeszkadza. I ja doświadczyłam obu tych stanów. W konkursie MISS pomaga. W byciu sekretarzem prasowym premiera - wręcz odwrotnie. W byciu spikerką w Polsacie - pomaga, ale…
Wyświetl ten post na Instagramie
Mój mentor Krzysztof Jasiński dał mi do ręki vademecum dziennikarstwa i powiedział, zatrudniając mnie w swoim programie: „Ewa, to jest twoje miejsce! Telewizja potrzebuje ludzi pięknych i nie chodzi o nogi z mikrofonem. Największą rzadkością jest połączenie nóg z głową, a ty masz obie te rzeczy. I masz w to inwestować. Nie w nogi - bo to masz. Tylko w głowę.” Jak tylko zostałam zatrudniona w Polsacie, rozpoczęłam zajęcia logopedyczne, z dykcji, z reżyserii, ze światła itp. Wszystkiego się dopiero uczyliśmy. I ja nadal uczę się cały czas. No i nie zapominajmy o szczęściu w życiu. Nie każdy go doświadcza. Ja mam szczęście.
Ewa Wachowicz i KUCHNIA
Kocham gotować i karmić. I kocham telewizję. To się musiało skończyć programem.
Po przygodzie z polityką miałam ochotę trochę odsapnąć, nie chciałam występować przed kamerą. Miałam wrażenie, że moja obecność w mediach się ludziom przejadła. Ale nie chciałam odchodzić od telewizji. Wymyśliłam więc, że zostanę producentem telewizyjnym.
Przy „Poradniku imieninowym”, poznałam Roberta Makłowicza. W którymś momencie zaczęliśmy rozmawiać o jego autorskim programie i powstały „Podróże kulinarne Roberta Makłowicza”. Złożyłam projekt do Polsatu - ale go nie chcieli. Poszłam więc do Niny Terentiew do TVP2. Znałam ją, bo jako sekretarz prasowy premiera (jak ważny jest ten epizod w moim życiu!) jeździłam z premierem do wszystkich telewizji. Nina przeczytała i powiedziała: „Rób pilota, to jest super pomysł”. Zrobiłam i program zadomowił się w TVP na 10 lat. A Polsat dostał moją „Domową Kawiarenkę” - o deserach. Już przy tym programie udzielałam się „kulinarnie”. W którymś momencie przyszła propozycja: „Zrób program kulinarny dla Polsatu, ale… ze sobą”.
Prawda jest też taka, że ja lubię karmić - dlatego mam restaurację. Karmienie to nie jest tylko kuchnia. To jest biesiada, wzajemne przebywanie ze sobą, społeczność, wymiana energii. Wszelkiego rodzaju „terapie” odbywały się kiedyś przy stole. W rodzinie, wśród znajomych, przyjaciół, sąsiadów. Nie chodziło się wtedy do psychologa czy psychiatry.
Ewa Wachowicz i PIENIĄDZE
Umiem robić biznesy, bo lubię i od dziecka nimi przesiąkłam. Już jako dziewczynka uczestniczyłam w domu w podejmowaniu ważnych decyzji. Nie byliśmy z bratem odsuwani od trudności. Przestało się opłacać siać rzepak. To siedzieliśmy i radziliśmy. Może gospodarstwo mleczne, bo mleko jest drogie. A może coś innego. Cały czas słyszałam, że jest zmienność na rynku i raz się coś opłaca, raz nie i trzeba wymyślić nowy biznes. I to jest normalne. Przestało się opłacać rolnictwo, to rodzice się zastanawiali czy tata nie powinien iść pracować do fabryki na etat. Tata robił okna, bo to się opłacało. Potem altany - bo się opłacało. Meble - bo się opłacało.
Ale jest też pasja. Cudownie jest robić to, co się lubi i jeszcze na tym zarabiać pieniądze. Oprócz pasji bardzo potrzebne jest szczęście! Mam biznesy, które prowadzę albo sama, albo z bratem, z przyjaciółką od 30 lat i z kumplem od 8 lat. I wszystko działa. Potrzebni są więc dobrzy ludzie, którzy staną na naszej drodze, są uczciwi i rzetelni. Bardzo ważna jest też pracowitość. Nic samo się nie zrobi.
Pieniądz nie powinien być bożyszczem, ale powinien być szanowany. On naprawdę lubi być w ruchu. On lubi jak się go dotyka, obraca, ale nie zbywa. On lubi inwestycje.
Na potwierdzenie moich słów historia o gromadzeniu pieniądza. Mój dziadek zbierał całe życie i uzbierał sporą sumę. W momencie, kiedy moja mama mogła je wziąć z konta, wystarczyło raptem na waciki. Denominacja! Dziadkowie bardzo dużo pracowali. Babcia była obrotna, umiała handlować. U nas były śliwki suszone i kapusta w dużej ilości, więc jechała na Śląsk, bo tam nie było jedzenia i przywoziła pieniądze albo coś innego.
W domu nauczono mnie inwestowania. Pamiętam, jak jechaliśmy do wujka Mundka, bo miał dużo złotych pierścionków. Jako dziecko zostałam nauczona, że złoto jest czymś, co trzeba mieć. Dowiedziałam się co to dywersyfikacja i że zmiana biznesu jest czymś naturalnym. Bo tylko zmiana jest pewna! A większość ludzi się jej boi. Ja w niej wyrosłam na całe szczęście i dla mnie jest czymś naturalnym. Jak jedzenie.
Ewa Wachowicz i PASJA
Góry! Urodziłam się w górach. To co prawda „tylko” Beskid Niski, ale to już góry. Można powiedzieć, że pierwsze lata mojego życia miałam pod górkę. Bo i do szkoły, i na pole. A tak poważnie, moją miłość do gór zawdzięczam dwóm fantastycznym nauczycielom chemii: z podstawówki i liceum. Organizowali jedno-, dwudniowe wypady w góry, które były dla nas czymś mega atrakcyjnym! To był PRL - nic w tym czasie nie mogło się z tym równać. Nie było wyjazdów zagranicznych, za to były pustki w sklepach i ogólnie bieda. Chyba na Antarktydzie miałam lżejszy plecak, niż na tych wyjazdach, kiedy musieliśmy dźwigać wielgachne plecaki na stelażach - to już historia! Trzeba było wszystko ze sobą zabrać! W schronisku można było ewentualnie dostać wrzątek.
Wyświetl ten post na Instagramie
Od tego czasu dużo chodziłam rekreacyjnie po górach i dużo jeździłam na nartach. Uprawiam narciarstwo ekstremalne - w puchu poza trasami. Ale zaszłam w ciążę i przyhamowałam. Dopiero jak odchowałam trochę Olę - miała już 11 lat i mogła zostać z babcią albo z opiekunką - wróciłam w góry na serio!
Moim długo pielęgnowanym marzeniem z czasów liceum było zdobycie 5-tysięcznika. Nieważne jakiego. Przyjaciele akurat organizowali wyjazd do Kenii oraz wejście na szczyt Mount Kenya, a to właśnie 5-tysięcznik. Przygotowywałam się do tego 2 miesiące. To wystarczyło, bo ja i tak jestem cały czas aktywna. Wspinaczka, rower, trekking, jazda na nartach, rower. A jednak trudno mi było zdobyć ten szczyt, bo dość szybko łapię chorobę wysokościową. Wydolnościowo jestem świetna. Ale aklimatyzacja musi przebiegać spokojnie. Kiedy dotarliśmy do obozu na 4200 m npm bardzo źle spałam w nocy. Obudziłam się z potwornym bólem głowy, a nasz przewodnik prawie mnie nie poznał. Tak spuchłam. Organizm zatrzymał mi wodę i musiałam wziąć diuramid, żeby tę wodę wydalić. Postanowiliśmy się mocniej zaaklimatyzować, zanim zaatakujemy szczyt. Weszliśmy na 4500 i zeszliśmy na 4200 m npm. I dopiero następnego dnia zdobyliśmy mój pierwszy 5-tysięcznik.
I jak już weszłam na 5 tysięcy, to od razu pomyślałam: a dlaczego nie 6 tysięcy? Chciałabym tam wrócić - piękno przyrody i brak tłumów podbiły moje serce. Przy okazji to była niezła kuracja odchudzająca.
Rok później poszliśmy na Kilimandżaro (5895 m npm). Wybraliśmy najdłuższą, ośmiodniową trasę co zapewniło więcej czasu na aklimatyzację. Idzie się bardzo długo, ale równiej. Większość ludzi wybiera trasę czterodniową, bo za każdy dzień płaci się spore pieniądze. I często nie zdobywają góry. Udaje się to tylko 4 osobom na 10.
Kiedy stanęłyśmy na szczycie moja przyjaciółka i partnerka od wspinaczki zaproponowała, żeby zrobić Koronę Wulkanów Ziemi, skoro jeden już zdobyłyśmy. Wtedy nie dokonał tego jeszcze żaden Polak. Podjęłam rękawicę, a jakże. W ciągu 3 lat zrobiłyśmy 6 wulkanów. A ostatni, siódmy - Mount Sidley - zdobyłyśmy na początku 2025 roku. Góra ma 4258 m npm. Niby nie jest wysoka, ale leży na lodowcu. Z tego względu liczy się ją jako dużo wyższą. Przed wyjazdem tak mocno ćwiczyłam, że robiłam 200 pięter w 57 minut - 4 miesiące treningów! I tak oto zdobyłam Koronę Wulkanów Ziemi. I tutaj przydała się pamięć komórkowa z noszenia ciężkich plecaków na stelażu w czasach szkolnych. Bo żeby zdobyć ten szczyt na Antarktydzie, niesiesz na plecach około 25 kg i dodatkowo ciągniesz na saniach jakieś 30 kg. Byłyśmy pierwszymi kobietami, które dokonały tego cudu. Panowie prześcignęli nas jedynie o półtora miesiąca. Dodam, że oni są zawodowcami.
Można uprawiać tańsze i bardziej bezpieczne sporty (mój mąż za głowę się łapał), ale ja lubię ten! Co dalej? Teraz czeka na mnie „halo tu polsat”. Zrezygnowałam ze zdobycia wulkanów na Azorach, żeby zadebiutować w studiu polsatowskiej śniadaniówki jako prowadząca. To ogromna radość dla mnie i mimo wszystko świeże doświadczenie. Proszę trzymać za mnie kciuki.
Wyświetl ten post na Instagramie