2022-11-25

Michał Koterski o roli w filmie „Gierek”: Ta postać elektryzuje

0

Aktor opowiada o kulisach produkcji oraz bohaterze, który pomimo upływu lat wciąż wywołuje silne emocje. W rozmowie z POLSAT.PL Michał Koterski mówi o trudnych przygotowaniach, wyzwaniach na planie, wchodzeniu i wychodzeniu z roli Pierwszego Sekretarza. Wspomina także zaskakujące i wzruszające relacje z rodziną polityka.

- Film budzi ogromne emocje, tak jak sam Edward Gierek je budził. Dla jednych to postać pozytywna, dla innych nie. Natomiast dla Pana była chyba przede wszystkim ciekawa do zagrania. Czy to jedno z najtrudniejszych aktorskich wyzwań?
- Tak. W zawodzie aktora czeka się całe życie na propozycję wcielenia się w kogoś, kto jest tak głęboko zakorzeniony w świadomości ludzkiej. Rzeczywiście, to było ogromne wyzwanie, przygoda, ale też ogromny stres i ciężka praca. I to nie tylko taka, że przytyłem do roli dwadzieścia jeden kilogramów. Szczerze mówiąc, nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek dostanę propozycję zagrania Edwarda Gierka. Bliżej w moich wyobrażeniach był może Jimi Hendrix albo Rysiek Riedel. To było niespodziewane, ale z drugiej strony oczywiście zgodziłem się bez wahania. Akurat byłem świeżo po filmie „Siedem uczuć”, gdzie grałem także kultową rolę Adasia Miauczyńskiego. Po takiej szkole aktorskiej już każde wyzwanie jest dla mnie psychicznie do udźwignięcia.

- Czy trudność polegała także na tym, że film oglądają ludzie pamiętający Edwarda Gierka? Zwracają uwagę na charakteryzację, wygląd, mimikę, gesty. Często oczekują, że aktor będzie wyglądał dokładnie tak samo, jak oryginalna postać, a tak chyba do końca się nie da?
- W moim przypadku trudne było już to, że musiałem wrócić do epoki PRL-u. Wcześniej mnie nie interesowała i nie fascynowała. Byłem dzieckiem, które „liznęło” troszkę tego okresu, ale nie miałem świadomości krzywdy, jaka się ludziom działa. Jestem z rocznika 1979, więc mi się to kojarzy bardziej z Pewexami, kartkami, bonami, czyli raczej takimi sytuacjami, które nie miały drastycznego wpływu na moje dzieciństwo. W przygotowaniach do roli rzeczywiście musiałem przeczytać tonę książek, biografii. A właściwie nie musiałem, tylko chciałem wiedzieć jak najwięcej o tej epoce. Nie tylko samym Edwardzie Gierku, ale też jego przyjaciołach, oponentach. Czytałem także biografię generała Jaruzelskiego, premiera Jaroszewicza. Chciałem wiedzieć wszystko o ludziach, którymi otaczał się mój bohater i z którymi współpracował. Wiedziałem, że nie mogę po prostu odgrywać Edwarda Gierka, tylko muszę się nim stać. Stąd też pomysł na to przytycie, żebym po prostu stał się innym człowiekiem, w innym ciele. Od premiery film budzi ogromne emocje. Są ludzie zakochani w tej roli i są tacy, którzy nienawidzą tej produkcji, bo uważają, że to jest jakieś zakłamanie. Temat polityki zawsze wiąże się z miłością lub nienawiścią. Nie ma pośrednich uczuć. Dla mnie natomiast najważniejsze było to, żeby oddać prawdę o człowieku w taki sposób, jaki stosuje się w amerykańskim kinie. Czyli od początku do końca bronić bohatera, stać za nim murem. Taka jest zasada przygotowania takiej roli.

- Wspomniał Pan też, że jedną z największych trudności, było pokazanie rodzinnych relacji w domu Gierków.
- Bo o nich nie ma wielu materiałów. Dziś, kiedy chce się podejrzeć życie dowolnego prezydenta, to w social mediach jest obecny on, jego żona, córka, wszyscy najbliżsi. Można ich śledzić praktycznie od rana do wieczora. Kiedyś tak nie było. I to było dla mnie bardzo trudne. Ale miałem wspaniałych dziadków, którzy byli dla mnie wzorem wspierającej się rodziny. I kiedy czytałem o Edwardzie Gierku, najbardziej mnie poruszyło, że ze Stasią byli na dobre i na złe. Poznali się w skrajnej biedzie, nie mieli co jeść i mieszkali w małym zimnym mieszkanku. To były dla nich bardzo trudne czasy, aż do momentu ogromnych sukcesów politycznych. Byli razem również wtedy, kiedy wszystko stracili, zostali wykreśleni z krajobrazu Polski, bo wiadomo, że Edward Gierek był jedynym polskim przywódcą, który został pozbawiony wszelkich praw. Gdyby nie to, że przez ponad dwadzieścia lat pracował w Belgii i we Francji jako górnik i postarał się o tamtejszą emeryturę, to oni nie mieliby za co żyć po zakończeniu kadencji Pierwszego Sekretarza. I właśnie to jest najpiękniejsze, że w tych wszystkich momentach Stasia stała zawsze u jego boku. Obydwoje bardzo dbali przy tym o najważniejsze rodzinne aspekty, ich dzieci są wykształcone... Ja miałem właśnie takich dziadków i chyba z tego zaczerpnąłem, budując filmową relację Edwarda Gierka ze Stasią.

- Wiem też, że udało się Panu porozmawiać o tym z rodziną Pierwszego Sekretarza.
- Chciałem się zobaczyć z Adamem Gierkiem. Producenci bali się tego spotkania, ale wymusiłem je w ostatni dzień. No i pamiętam, jak powiedziałem panu Adamowi o tym, co zaczerpnąłem z relacji moich dziadków. Odpowiedział, że w domu rodziców to wszystko dokładnie tak między nimi wyglądało. To niesamowite. Podobnie jak jeszcze jedna historia... Jestem osobą wierzącą i myślę, tak jak wybitny aktor Danzel Washington, że my możemy tylko najlepiej jak potrafimy wykonać pracę, a reszta przychodzi od Boga. Także ojciec zawsze powtarzał mi, że w tym zawodzie musi pojawić się ten dodatkowy element z góry. Mistycyzm, który nadaje odgrywanej postaci odrębnego życia. I ja takie poczucie miałem. Do tego stopnia, że jak przyszedłem na pierwsze spotkanie z panem Adamem Gierkiem, pan profesor wszedł do restauracji z żoną i synem, który pracuje jako chirurg - bardzo eleganccy, dystyngowani ludzie - a ja w krótkich spodniach mówię do niego: „Synu, witaj!” Zdębiał. Ale było bardzo miło, wyściskaliśmy się. Później producent mówił mi, że oni po spotkaniu myśleli, że jakieś jaja będziemy robić, że to jakaś komedia. Więc był niepokój. Uzasadniony. Sam bym się bał, jakby ktoś robił film o moim ojcu. Natomiast niesamowita jest klamra, która zamyka tę znajomość. Bo jest oczywiście wiele opinii, że to słaby film, nie da się oglądać. Inni chwalą, że to wybitna rola, i tak dalej. Są skrajne emocje. Dla mnie największą nagrodą było, kiedy poszliśmy na pierwszy pokaz i po jego zakończeniu zapytano właśnie pana Adama Gierka, jak on ocenia to kino. Odpowiedział, że pan Michał idealnie oddał emocje jego ojca. Zapytał producenta, czy mógłby dostać ten film do domu, żeby mógł mieć ojca u siebie. To było dla mnie wzruszające, bo skoro syn bohatera, którego odgrywałem, chce mieć ten film, to znaczy, że swoją pracę wykonałem najlepiej, jak mogłem. Po pokazie przytuliliśmy się i z tego śmiesznego powitania w restauracji później był bardzo wzruszający finał.

- Powiedział Pan, że film wzbudza skrajne emocje, ale chyba o to między innymi chodziło, żeby je wywoływał i żeby widzowie nie przeszli obok niego obojętnie?
- Oczywiście. Wzbudził też dyskusję, której się nie spodziewałem. Nie miałem świadomości, że po tylu latach postać Edwarda Gierka może tak elektryzować. Bo pamiętam, że kiedy film wszedł do kin, to codziennie przez dwa tygodnie było w mediach od trzech do pięciu artykułów dziennie, dotyczących nie tylko samego filmu, ale też bohatera. A to się później nie zdarzyło przy żadnej premierze. Tam się już tak ludzie „tłukli”, aż stwierdziłem, że Polacy zupełnie nie mają dystansu do polityki.

- To chyba idealny przykład wyjaśniający, skąd pomysł na tę amerykańską szkołę bronienia przez aktora swojego bohatera zawsze i wszędzie, o której pan wspomniał?
- Tak uważam. Nie ukrywam, że mam pod ręką wybitnego reżysera i zawsze pytam go o zdanie. Trudno, żebym z takiej okazji nie korzystał. Więc pytałem mojego ojca o te wskazówki, bo chciałem przygotować się jak najlepiej. Mówił mi: „Michał, pamiętaj, do końca broń tego bohatera”. Kiedy czytaliśmy scenariusz i odkrywaliśmy kolejne postacie i sceny, to po prostu odnajdywaliśmy się w tych sytuacjach, które miały zostać odegrane. One się zdarzyły w prawdziwym życiu i tak samo musiały się zdarzyć na planie. Dlatego starałem się nie grać Edwarda Gierka, tylko po roku ciężkich przygotowań nim być.

- O tym, że takie przygotowania do roli są czasochłonne, mówi się dużo. Czy natomiast wychodzenie z roli jest też takie wymagające? W którymś momencie trzeba przestać być Gierkiem.
- To prawda. Pamiętam, jak byłem młodym chłopakiem i spotkałem się z Markiem Kondratem na planie „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. On podczas prób, kiedy przygotowywaliśmy się razem, mówił: „wiesz Michał, ja po tym „Dniu Świra” nie mogłem się pozbierać przez pół roku. Nie mogłem wyjść ze skóry Miauczyńskiego”. I wtedy, jako aktor z małym dorobkiem, dla którego kino było przede wszystkim rozrywką, nie wiedziałem, o czym on gada. Trudno mi było to zrozumieć. Dzisiaj już wiem, co to znaczy. Zrozumiałem, że to nie jest tak, że kończą się zdjęcia i już. Nawet moja partnerka mówiła, wiele miesięcy po premierze, że ja cały czas żyłem tym Gierkiem. Musiałem wykonać dużą pracę, żeby pozbyć się tych gestów. Nawet jak coś mówiłem w teatrze, to koledzy się śmiali, bo tak składałem ręce jak Gierek i podnosiłem palec jak on. No i duża praca fizyczna, żeby się pozbyć tej nienaturalnej dla mnie powłoki. Ważyłem sto sześć kilogramów, a moja waga wynosiła zawsze osiemdziesiąt pięć. Potrzebowałem pół roku, żeby wrócić do siebie. Zresztą zawsze uważałem, że to nie jest zawód dla normalnych ludzi (śmiech). Nie dziwię się Markowi Kondratowi, że w pewnym momencie powiedział „dość”, bo chciał zacząć żyć. Na pewnym etapie, przy tych wyzwaniach można zwariować, albo nie odnaleźć siebie na nowo.

- Są przykłady takich aktorów, którzy za mocno weszli w rolę i nie mogli sobie później z tym poradzić...
- Ja zawsze wzorowałem się na amerykańskich aktorach. To był dla mnie wyznacznik, a nie doklejane brzuchy i inne dziwne historie. A wiadomo, że Amerykanie przywiązują do tego ogromną wagę, jak choćby Robert De Niro, który przygotowując się do roli w „Taksówkarzu”, po prostu przez pół roku jeździł taksówką, czy Christian Bale, który na zmianę chudł i tył po dwadzieścia kilogramów. Można wymienić kilku innych wspaniałych aktorów, którzy poświęcali się w pełni. A niektórzy nie poradzili sobie z tym, jak chociażby Heath Ledger, który przypłacił rolę Jokera życiem... Wszystkim się wydaje, że ten zawód to tylko spijanie śmietanki, czerwone dywany i bogactwo. Ale to jest niestety często życie w samotności. Dlatego że mało kto jest w stanie zrozumieć, jaki ciężar i presję nosi na sobie aktor.

- A podsumowując, dla kogo jest film „Gierek”? Dla ludzi, którzy pamiętają Pierwszego Sekretarza, czy wręcz przeciwnie - dla tych, którzy go nie znali i niewiele o nim wiedzą?
- Marzeniem artysty jest, żeby film był dla każdego. Nasz wchodził do kin w bardzo trudnym okresie. Akurat zaczął hulać Omikron, starsi ludzie nie wychodzili z domu. A „Gierek” zebrał pół miliona widzów. Wiadomo, jakie są obecnie wyniki w kinach. Mało który film może zebrać taką publiczność. A ten zebrał. Myślę, że do kina nie poszli starsi ludzie, tylko właśnie ci w moim wieku, którzy nie bali się wirusa. Zatem film jest dla wszystkich, bo sztuka jest dla wszystkich. Młodzi chcą obcować ze sztuką i to jest cudowne. Powiem szczerze, że taki wydźwięk, jeśli chodzi o popularność, miałem tylko z kultowym „Dniem Świra”. Zaczepiano mnie i krzyczano, że „jak tatuś zrobi dzióbek...”. A teraz tak samo mam po „Gierku”. Sam się nie spodziewałem, że Pierwszy Sekretarz był aż taką postacią i Polacy będą go tak pamiętać. Odcisnął duży ślad w świadomości ludzi i do dzisiaj to się czuje. Myślę, że dzięki premierze w Polsacie ta widownia, która nie poszła do kina, czyli nieco starsza, także obejrzy w końcu ten film i z tego się bardzo cieszę.

Rozmawiał Wojciech Barszczowski

Oficjalny profil POLSAT na Instagramie - @polsatofficial

Oficjalny profil POLSAT na TikToku - @polsat

Komentarze