2017-05-01

Arka Gdynia zwyciężyła w finale Pucharu Polski

2 maja na PGE Stadionie Narodowym pokonała Lecha Poznań 2:1 po dogrywce. Na taki sukces czekała aż 38 lat! Prestiżowe trofeum, drugie w historii klubu, gwarantuje Arce Gdynia udział w europejskich pucharach. Fani drużyny walczącej o utrzymanie w Ekstraklasie mają powody do dumy.

Pierwsza bramce rywali zagroziła Arka Gdynia, po strzale głową Przemysława Trytko, ale z każdą kolejną minutą rosła przewaga Lecha Poznań, zdecydowanego faworyta spotkania. Raz za razem sunęły ataki popularnego „Kolejorza” i tylko dzięki dobrej postawie łotewskiego bramkarza Pāvelsa Šteinborsa oraz nieskuteczności ofensywnych piłkarzy utrzymywał się wynik 0:0. Goli nie było, ani po dośrodkowaniach z rzutów rożnych, ani po dynamicznych akcjach, ani nawet po nonszalanckich zagraniach obrońców Arki. Bezsilność i duże emocje udzieliły się zawodnikom tuż przed gwizdkiem na przerwę. Po kontrowersyjnej sytuacji doszło do przepychanki. Piłkarze klubu z Gdyni domagali się rzutu karnego za zagranie ręką Marcina Robaka. Sędzia Tomasz Musiał z Krakowa nie dopatrzył się przewinienia.

Po zmianie stron fani obu ekip, którzy licznie przyjechali do Warszawy z Gdyni i Poznania, mieli nadzieję na lepsze widowisko. W 53. minucie Lech Poznań był bardzo blisko objęcia prowadzenia. Piłka uderzona z główki przez Marcina Robaka minęła bramkarza i odbiła się od słupka. Gra była „szarpana”, często niedokładna, bez błysku godnego rangi meczu. Sporadycznie działo się coś ciekawego. W 67. minucie Jasmina Buricia postraszył solową akcją lewy obrońca Arki Gdynia, Marcin Warcholak, a trzy minuty później Dawid Kownacki nie potrafił zamienić dośrodkowania na strzał w światło bramki. Brak efektów zmotywował obu trenerów do roszad. Przede wszystkim w ofensywie, na skrzydłach i w ataku. Leszek Ojrzyński, szkoleniowiec Arki Gdynia wprowadził Rafała Siemaszko, Gruzina Lukę Zarandię i Austriaka Dominika Hofbauera, a opiekun Lecha Poznań, Chorwat Nenad Bjelica wstawił do składu Macieja Makuszewskiego i Szymona Pawłowskiego. W podstawowym czasie gry nic to nie dało, choć w 90. minucie mogło być już po wszystkim, ale… doskonałą okazję dla Lecha zmarnował Radosław Majewski.

Sensacyjny finisz
Dogrywka! „Kolejorz” jak ognia unikał takiego scenariusza, natomiast Arka nie kryła, że swojej szansy upatruje w rzutach karnych. Kwadrans przed zakończeniem, kapitan drużyny z Gdyni, Krzysztof Sobieraj motywował kolegów: - Jeszcze tylko piętnaście minut! - krzyczał, wymachując zaciśniętą pięścią. Wiara czyni cuda! W 107. minucie z lewej strony dośrodkował Adam Marciniak, a do siatki skierował piłkę głową filigranowy Siemaszko. 1:0! Pięć minut później kilkudziesięciometrowy rajd przeprowadził Zarandia i… 2:0! Euforia w sektorach fanów Arki. Ich ulubieńcy, skazywani na porażkę, dokonali wielkiego wyczynu. Jeszcze w w 119. minucie Łukasz Trałka dał Lechowi nadzieję na remis, ale na wyrównanie i doprowadzenie do serii „jedenastek” nie wystarczyło czasu...

Do trzech razy sztuka?
Faworytem do zwycięstwa była drużyna z Wielkopolski, która wiosną zachwyca wysoką formą również w rozgrywkach ligowych i liczy się w walce o mistrzostwo. Cel był jasny, a kibice nie wyobrażali sobie innego rozstrzygnięcia. Przed spotkaniem rozwiesili nawet transparent z napisem „Do trzech razy sztuka”. To w nawiązaniu do poprzednich dwóch finałów w 2015 i 2016 roku, w których Lech dwukrotnie okazał się słabszy od Legii Warszawa (1:2 i 0:1). Nic dziwnego, że wszyscy w Poznaniu liczyli na triumf.

- Byliśmy na Stadionie Narodowym dwa razy i wiemy jak to wszystko wygląda od środka. Po dwóch starciach z Legią teraz mamy innego przeciwnika. Doświadczenie przemawia za nami. O wszystkim decyduje jeden mecz, więc nie ma czasu na rozmyślanie ani jakiekolwiek pomyłki. Trzeba wyjść na boisko i w tym konkretnym momencie pokazać najlepszą formę - mówił Łukasz Trałka, kapitan Lecha Poznań, podczas przedmeczowej konferencji prasowej. - Myślę, że sami byśmy sobie tego nie wybaczyli. Wcześniejsze porażki należą już do historii i nie chcę się na nich skupiać, bo w niczym mi to już nie pomoże. Po prostu chcę zdobyć ten puchar! - podkreślał pomocnik „Kolejorza” w rozmowie z polsatsport.pl. Marzenia musi odłożyć na później.

Trener Arki odda swój medal
Piłkarzom z Gdyni motywacji nie brakowało. Co ciekawe, Arka awans do finału wywalczyła prowadzona jeszcze przez trenera Grzegorza Nicińskiego. To z nim pokonała m.in. Olimpię Zambrów, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski, Bytovię Bytów i Wigry Suwałki. Od pewnego czasu z zespołem pracuje Leszek Ojrzyński, który zadeklarował, że jeśli zdobędzie medal, to odda go swojemu poprzednikowi. - Nie lubię, jak dzieli się skórę na niedźwiedziu, doszukując się podtekstów. Najważniejsze jest dobro klubu, czyli Arki Gdynia. Puchar może zdobyć Arka, a nie Ojrzyński. Ja tylko wykonuję swoją pracę. Zasługi Nicińskiego są nie do podważenia. Arka pod jego wodzą przechodziła kolejne rundy, aż wdrapała się na najwyższy szczebel - zapowiadał przed finałem szkoleniowiec.

Duże premie dla zawodników z Gdyni
Piłkarze Arki nie mieli nic do stracenia. To ekipa trenera Nenada Bjelicy miała trudniejsze zadanie, bo przede wszystkim od Lecha Poznań oczekiwano zwycięstwa. - My zawsze gramy pod presją. Lech to wielki klub i praktycznie w każdym meczu jesteśmy faworytami - powtarzał chorwacki szkoleniowiec. Arka natomiast w Ekstraklasie gra w grupie spadkowej, więc na co dzień ma zupełnie inne cele i inne problemy. W Gdyni natomiast bardzo liczono na niespodziankę. - Ekstraklasa jest najważniejsza, ale to nie znaczy, że wtorkowe spotkanie potraktujemy choć trochę ulgowo. To jest wielka przygoda. Dla większości zawodników może nawet jedyna okazja do zagrania na Stadionie Narodowym - podkreślał Wojciech Pertkiewicz, prezes Arki. Zdobycie Pucharu Polski ma ogromne znaczenie historyczne dla klubu, a do tego dochodzą wymierne korzyści finansowe. - Wygrana wyceniana jest łącznie na nieco ponad milion trzysta tysięcy złotych. Połowę z przychodów dostaną zawodnicy - deklarował prezes. Było o co grać!

Ponad 40 tysięcy widzów na Narodowym
To był wyjątkowy finał Pucharu Polski. Zainteresowanie meczem było bardzo duże. Do sprzedaży trafiła nawet dodatkowa pula biletów. Także dlatego, że kibice obu drużyn od dawna się przyjaźnią można było zmniejszyć sektor buforowy. Na trybunach była świąteczna atmosfera i gorący doping dla obu ekip. Miejsca na PGE Stadionie Narodowym zajęło 43 760 widzów.

Mecz skomentowali Mateusz Borek i Czesław Michniewicz. Gośćmi Jerzego Mielewskiego byli m.in. były piłkarz Lecha Poznań i Arki Gdynia oraz reprezentant Polski Janusz Kupcewicz, Dariusz Dziekanowski, Roman Kołtoń i Paweł Wojtala. Wywiady z zawodnikami i trenerami obu zespołów przeprowadzili reporterzy: Marcin Feddek i Marcin Lepa, a komentarze z murawy przekazywał Tomasz Łapiński.

Doskonałym wprowadzeniem do meczu finałowego Pucharu Polski były finałowe spotkania dziecięcego turnieju piłkarskiego „Z podwórka na stadion o Puchar Tymbarku”, rozegrane na PGE Stadionie Narodowym. Mecze na żywo dziewcząt i chłopców U-10 i U-12 pokazały anteny Super Polsatu i Polsatu Sport.